Grecja naprawdę potrafi zaskoczyć – zwłaszcza gdy założy się wygodne buty i ruszy w trasę z nastawieniem, że odkryje się coś więcej niż tylko gorące plaże i turystyczne miasteczka. Miałem okazję spędzić tydzień na Półwyspie Chalkidiki, nocować w hotelu Arystoteles koło Ouranopolis, a potem wyruszyć dalej – na Meteory, Półwysep Athos i do Salonik oraz miejsca narodzin Arystotelesa. Chcę się podzielić wami moją relacją, pełną praktycznych wskazówek i małych odkryć, bo Grecja to nie tylko słoneczne wyspy i taniec Zorby przy wieczornym ognisku. Byłem kilka razy już tutaj, jednak tym razem ten kraj odkryłem na nowo. Wyjazd zorganizowała Kasia, która pracuje w Rainbow, więc skoro to specjalistka, to w jej ręce powierzam takie rzeczy.
Zachody słońca nad Zatoką – złote zakończenie dnia
Wieczory to prawdziwy spektakl barw. Wieczorny spacer wzdłuż morza pozwala złapać ostatnie promienie dnia, kiedy niebo przechodzi od intensywnej pomarańczy przez różowe purpury, aż do głębokiego granatu. Również z tarasu przy basenie, z kieliszkiem lokalnego wina w dłoni, obserwowałem jak cienie piniowych lasów przeciągają się po wodzie, a sylwetki pobliskich skał wyrastają niczym ciche pomniki natury. Radzę wybrać się wieczorem do małych zatoczek: stąd światło zachodu maluje wodę na metaliczne kolory, a tłumy plażowiczów dawno już odpoczywają. Jeśli lubicie fotografię, warto przyjść tu 30 minut przed zachodem, by uwiecznić przejście światła przez długie pasma chmur i odbicie na spokojnej tafli morza. Słońce z tej perspektywy zachodzi za górami, co dodaje uroku.
W drogę na Meteory – skok w inny świat
Z Chalkidiki ruszyliśmy na zachód w kierunku Meteory. Droga wiedzie krętymi serpentynami przez góry Pindos – w samochodzie lub autokarze warto mieć ze sobą wodę, kilka przekąsek i dobrą muzykę (polecam tradycyjny rebetiko, by jeszcze bardziej poczuć klimat). Droga niestety była długa – 6 godzin z małymi postojami. Gdy mija się pierwsze wsie, krajobraz już nie przypomina spieczonych wysp: szczyty otulone są bujnym lasem sosnowym, a w dolinach roi się od jarzębiny, dzikich ziół i paproci. Mijaliśmy też górę Olimp, wiesz że ta góra ma prawie 3000 metrów. Bliskość morza i śnieg na jego szczytach na początku czerwca potęguje wrażenie.
Po dotarciu na parking, zanim sięgnie się po bilet do klasztoru, warto zwrócić uwagę na maleńkie kapliczki przydrożne i miejscowych, którzy przychodzą tu rano pomodlić się – przygryzają kawałek suchego chleba, pokropią wodą święconą i ruszają dalej. Sama droga do klasztorów? Nie nazwałbym jej trudną, ale najpierw trzeba pokonać wąskie serpentyny drogi, na której ciężko się wymija liczne autokary, a potem kilkadziesiąt stopni wykutych w skale. Po drodze przystanęliśmy przy punkcie widokowym, z którego widać, jak różnorodna jest ta ziemia: z jednej strony skalne wieże wyglądają jak kominy wielkiej fabryki, z drugiej – ich u stóp rozciągają się zielone pola uprawne w dolinie rzeki.
Wewnątrz klasztoru panuje półmrok, dzwony biją co godzinę, a na freskach drzemie odrobina bizantyjskiej tajemnicy. Warto przynieść własną chustę, bo dziewczynom wypożyczają obszerne spódnice tylko na miejscu, a przeciąg w murach potrafi schłodzić skórę. Strój musi zasłaniać ramiona i kolana.
Warto było jechać taki kawał. Robi to niesamowite wrażenie. Człowiek wydaje się taki mały i mało znaczący przy majestacie gór, a szczególnie jeśli są to tak wielkie monolityczne bloki skalne. W klasztorach położonych na ich szczytach jest niewielu mnichów, za to pełno turystów.






Ślady świętości na Półwyspie Athos
Z Meteory kolejnego dnia zanurzyliśmy się w klimat Athos – kobiety nie mogą tam wjechać, mężczyźni muszą mieć specjalne pozwolenie (tzw. diamonitirion) i zapowiedzieć się dużo wcześniej. Ograniczyliśmy się zatem do rejsu łodzią wokół półwyspu, podziwiając klasztory powstające jak zamki z bajki: schowane w zieleni, na skalistych urwiskach. Ten rejs to świetny sposób, by zobaczyć Athos „z dystansu” i poznać historię mnichów, którym przez wieki udało się zachować duchową niezależność. Przy brzegu mijaliśmy olbrzymie dęby i kasztany, a pomiędzy nimi – malutkie, niemal domowe zabudowania, w których żyje garstka zakonników. Myśleliśmy, że żyją tam w totalnej ascezie, jednak sie chyba myliliśmy, widząc samochody na drogach i panele fotowoltaiczne na dachach zabudowań. Każdy klasztor jest autonomiczny i podlega innemu państwu. Mnisi produkują wino i miód, z którego ten region słynie.
Saloniki – czy warto wpaść w miejski zgiełk?
Saloniki to ponad milionowe miasto kontrastów i… moich mieszanych odczuć (drugie co do wielkości, po Atenach, miasto Grecji). Z jednej strony ciągnący się nadmorski bulwar z palmami i kafejkami, z drugiej – ciasne uliczki pełne ruchu, spalin i tłumów. Widzieliśmy plac Arystotelesa (słaby), zrobiłem kilka zdjęć panoramy z murami rzymskimi i bizantyjskimi, lecz nie poczułem tu takiej magii, jakiej szukałem. Ciekawym doświadczeniem był udział w wyborach Prezydenta Polski. 8 piętro konsulatu i pokój, w którym zakreślało się głos na swojego kandydata zlokalizowany na balkonie z widokiem na miasto. Polecam wynająć auto by wszędzie dotrzeć – nie jest to drogie i mało problematyczne. Spytajcie o szczegóły rezydenta, lub w recepcji hotelu.
Smaki i uprawy – o czym nie mówią przewodniki
Wyobrażacie sobie, że greckie pola ryżowe to nie mit? Dolina Axios, kilkadziesiąt kilometrów od Salonik, to prawdziwe „ryżowe zagłębie” Europy. Ryż gotowany w lokalnym winie – prostota i wyrafinowanie w jednym. Potem w Florina z suszonymi figami zanurzonymi w miodzie i zawiniętymi w liście winogron – deser, który na zawsze pozostaje w pamięci. Miody z owocami to mistrzostwo świata – świetnie komponowały się z greckim jogurtem na śniadanie.
Nie tylko więc oliwki i wino – Grecja eksportuje coraz więcej granatów, fig, awokado czy ryżu, i każdy region ma tu coś swojego. Jeśli zatrzymacie się przy przydrożnym straganie, nie bójcie się pytać miejscowych o produkty sezonowe.
Rady praktyczne na drogę
- Na plażę: weźcie buty do wody – piasek bywa kamienisty, a wejście łagodne. No i koniecznie maska i rurka bo rybki pływają metr od Ciebie.
- Na górskie szlaki: zawsze woda i lekka kurtka, nawet latem – wieczory bywają chłodne, a góry w Grecji nie sa małe i łatwe do zdobywania.
- W miastach: noście gotówkę – w małych tawernach często nie przyjmują kart.
- Kultura: szanujcie miejsca święte – na Mateorach obowiązują skromne stroje i cisza.
- Kulinarne odkrycia: pytajcie o lokalne przysmaki – zwykle są najtańsze i najsmaczniejsze. Moussakam to dla mnie wybór numer 1. Miłośnikom mięsa polecam kozinę i baraninę. Przyrządzają tu te mięsa niesamowicie, głownie to zasługa świeżych ziół.
Warto odwiedzić część kontynentalną, bo to zupełnie inna Grecja, niż ta którą znacie z folderów w biurach podróży. Bardzo różnorodna, ciekawa i barwna. Pełna soczystej zieleni, smaków i zapachów.
Dlaczego warto pojechać na północ?
Bo tam Grecja udowadnia, że nie jest tylko jednym krajobrazem jak na wyspach. Słońce i plaże Chalkidiki to część układanki, ale górskie lasy Pindos, klasztory Meteory, bujne doliny pełne ryżu i granatów oraz specyficzny klimat Salonik tworzą zupełnie inne doświadczenie. Tam, gdzie biura podróży widzą „region wakacyjny”, znajdziecie wciąż dziką przyrodę i smaki, o których nie przeczytacie w popularnych przewodnikach. A jeśli kiedyś wrócę nad Morze Egejskie, pewnie zrobię to tuż przed zachodem słońca, by uchwycić ciszę i magię chwili – bo to właśnie wtedy Grecja odsłania swoje prawdziwe oblicze.




