Są rzeczy, w które ludzie wierzą, bo chcą, żeby były prawdą. I są rzeczy, które zaczynają działać właśnie dlatego, że ktoś w nie uwierzył. Brzmi podobnie, a to wcale nie jest to samo. I gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest temat hipnozy, afirmacji, modlitwy i całego tego „chcieć to móc”, który jedni wyśmiewają, a inni łykają bez zastanowienia.
Tak sobie myślę, że prawda leży trochę pośrodku. Bo z jednej strony jest masa bzdur sprzedawanych jako „magiczne rozwiązania”, a z drugiej strony widzę na własne oczy, że u ludzi realnie zachodzą zmiany. I to nie dlatego, że ktoś ich „naprawia”, tylko dlatego, że sami zaczynają działać inaczej, myśleć inaczej i reagować inaczej.
To nie magia, tylko mechanizm
Patrząc z boku, najłatwiej powiedzieć: „to ściema” albo „to działa zawsze”. Problem w tym, że jedno i drugie jest uproszczeniem. Człowiek działa w dużej mierze na poziomie, którego na co dzień nawet nie kontroluje. Nawyki, przekonania, reakcje — większość z tego jest automatyczna i powtarzalna.
Jeśli ktoś przez lata ma w głowie jeden schemat, to żyje według niego, nawet jeśli mu to nie służy. A kiedy ten schemat zaczyna się zmieniać, nagle zmieniają się decyzje, zachowania i w efekcie całe życie. I z zewnątrz wygląda to jak „cud”, choć w środku to po prostu przestawienie kilku ważnych rzeczy.
Gdzie w tym wszystkim hipnoza
Tu dochodzimy do tematu, który dla wielu brzmi podejrzanie, a dla innych jak ostatnia deska ratunku. Widzę to z bliska, bo Kasia prowadzi hipnoterapię i mam okazję obserwować, jak ludzie o tym mówią po sesjach. I najciekawsze jest to, że oni często nie mówią: „ktoś mnie zmienił”, tylko raczej: „coś się we mnie zmieniło”.
I to jest chyba kluczowe. Hipnoza nie polega na tym, że ktoś przejmuje kontrolę i robi za Ciebie robotę. Ona raczej tworzy warunki, w których człowiek zaczyna mieć dostęp do rzeczy, które wcześniej były zablokowane albo ignorowane. Reszta dzieje się już po jego stronie.
Można to porównać do sytuacji, w której ktoś pokazuje Ci drzwi. On ich za Ciebie nie przechodzi, ale wcześniej mogłeś nawet nie wiedzieć, że one istnieją.
Afirmacje, modlitwa i to, co robimy na co dzień
Najbardziej zabawne w tym wszystkim jest to, że wiele osób śmieje się z afirmacji, a jednocześnie codziennie robi dokładnie to samo, tylko w drugą stronę. Powtarza sobie, że coś się nie uda, że jest ciężko, że „tak już jest”. I to też działa, tylko efekt jest odwrotny.
Z drugiej strony masz modlitwę, którą wiele osób traktuje jako coś zupełnie innego, a w praktyce często jest to bardzo podobny mechanizm. Skupienie uwagi, emocja, powtarzalność i przekonanie, że coś ma sens. Różnica jest bardziej w nazwie i kontekście niż w samym działaniu.
I tu nie chodzi o to, żeby wszystko wrzucić do jednego worka i powiedzieć: „to to samo”. Chodzi raczej o zauważenie, że człowiek od zawsze używa różnych form wpływania na siebie — tylko inaczej je nazywa.
„Chcieć to móc” – tylko że nie tak, jak myślisz
To zdanie zostało tak zajechane, że dziś wielu ludzi reaguje na nie alergicznie. I trochę się nie dziwię, bo często jest używane jako puste hasło. Samo „chcenie” bez działania niczego nie zmieni, to oczywiste.
Ale z drugiej strony, jeśli ktoś naprawdę zaczyna myśleć inaczej o sobie i swoich możliwościach, to zaczyna też inaczej działać. Podejmuje inne decyzje, widzi inne opcje, reaguje inaczej na problemy. I nagle okazuje się, że rzeczy, które wcześniej były „niemożliwe”, zaczynają się przesuwać.
Nie dlatego, że świat się magicznie zmienił. Tylko dlatego, że zmienił się sposób, w jaki ktoś w nim funkcjonuje.
To się dzieje, nawet jeśli tego nie widzisz
Najciekawsze jest to, że wiele osób robi to wszystko zupełnie nieświadomie. Wpływa na siebie przez to, co sobie powtarza, jak interpretuje sytuacje, na czym skupia uwagę. Tylko nie nazywa tego ani afirmacją, ani pracą z podświadomością, ani niczym takim.
I może właśnie dlatego tak łatwo to zignorować albo wyśmiać. Bo jeśli coś nie ma „etykiety”, to wydaje się mniej realne. A jednocześnie działa cały czas, tylko w tle.
Gdzie jest granica
Tak sobie myślę, że najrozsądniejsze podejście to nie jest ani ślepa wiara, ani automatyczne odrzucanie wszystkiego. Bo z jednej strony naprawdę istnieją ludzie, którzy sprzedają proste odpowiedzi na skomplikowane problemy, a z drugiej strony są mechanizmy, które realnie wpływają na to, jak żyjemy.
I chyba największy sens ma po prostu sprawdzać. Patrzeć na efekty, obserwować siebie i innych, nie kupować wszystkiego na wiarę, ale też nie zamykać się od razu, tylko dlatego, że coś brzmi „dziwnie”.
Tak sobie myślę…
Tak sobie myślę, że człowiek ma dużo większy wpływ na swoje życie, niż mu się wydaje. Tylko ten wpływ nie polega na „pstryk i już”, tylko na stopniowej zmianie tego, co ma w głowie i jak działa na co dzień.
I może zamiast zastanawiać się, czy coś jest „prawdą absolutną”, lepiej czasem sprawdzić, co się stanie, jeśli zaczniesz działać trochę inaczej. Bo na końcu i tak wszystko rozbija się o to, co robisz ze sobą — niezależnie od tego, jak to nazwiesz.



