Ile razy złapałeś się na tym, że gotujesz obiad, odpisujesz na wiadomości, słuchasz wiadomości w radiu i jeszcze próbujesz zerkać, co dzieje się w pracy? Ja mam wrażenie, że żyjemy w czasach, w których multitasking stał się wręcz obowiązkiem. Nawet pracodawcy szukają pracowników do wszystkiego, a nie konkretnych zadań. Tylko czy to naprawdę działa, czy to raczej wielki mit?
Skąd się wziął mit multitaskingu?
Samo słowo pochodzi ze świata komputerów – maszyna potrafi wykonywać wiele procesów jednocześnie. Problem w tym, że człowiek to nie komputer. Nasz mózg działa trochę inaczej – zamiast robić wszystko w tym samym momencie, przełącza się z jednej czynności na drugą. I każda taka zmiana kosztuje nas uwagę i energię.
Może wydawać się, że ogarniasz pięć rzeczy naraz, ale w rzeczywistości Twój mózg biega jak piłeczka ping-pongowa między jednym zadaniem a drugim. Efekt? Częściej się mylimy, szybciej męczymy i mniej zapamiętujemy.
Czy multitasking naprawdę zwiększa efektywność?
No właśnie – dlaczego wierzymy, że multitasking nas ratuje? Bo mamy poczucie, że robimy więcej. Ale badania (i zwykłe życie) pokazują coś odwrotnego: robimy wolniej i gorzej.
Przykład z życia: oglądasz serial i jednocześnie scrollujesz telefon. Po godzinie nie pamiętasz ani fabuły odcinka, ani tego, co przeczytałeś. Albo rozmawiasz z kimś i w tym samym czasie odpowiadasz na maila – ani rozmowa nie jest w pełni, ani mail nie wychodzi tak, jak trzeba.
Możesz zapytać: „to dlaczego niektórzy chwalą się, że świetnie radzą sobie z multitaskingiem?” Bo często mylimy multitasking z ogarnianiem wielu spraw jednego dnia. To dwie różne rzeczy.
Dlaczego tak trudno nam się skupić na jednej rzeczy?
Powód jest prosty – żyjemy w epoce rozpraszaczy. Telefon pika, komputer wyskakuje z powiadomieniami, w tle ktoś coś mówi, a w głowie mamy listę zadań na jutro. Nasz mózg lubi nowości, więc zamiast skupić się na jednym, daje się ciągnąć w sto różnych kierunków.
A multitasking daje złudzenie, że jesteśmy superproduktywni. Tyle że w praktyce po kilku godzinach takich przeskoków czujemy się zmęczeni i mamy wrażenie, że nic konkretnego nie zrobiliśmy.
Co zamiast multitaskingu?
Nie chcę udawać, że mam złotą receptę, bo sam też łapię się na „robię wszystko naraz”. Ale kilka trików naprawdę działa:
- Jedno zadanie na raz. Ustal sobie blok 20–30 minut tylko na jedną rzecz.
- Lista zadań. Zapisz, co chcesz zrobić, i skreślaj. To banalne, ale daje poczucie postępu.
- Wyłącz rozpraszacze. Telefon w tryb samolotowy, wyciszone powiadomienia – i od razu robi się ciszej w głowie.
Może brzmi jak banał, ale zauważysz, że nagle praca idzie szybciej i łatwiej.
A co z „multitaskingiem domowym”?
Tutaj jest haczyk. Często ktoś powie: „przecież codziennie robię kilka rzeczy naraz i żyję”. To prawda – gotując, można słuchać muzyki, a jadąc autobusem, czytać książkę. Ale to nie multitasking, tylko łączenie czynności, które nie wymagają tej samej uwagi.
Problem pojawia się, gdy próbujemy robić dwie rzeczy wymagające skupienia – np. rozmawiać i pisać jednocześnie. Wtedy tracimy na jakości.
Czy multitasking może być szkodliwy?
Tak. Długotrwałe funkcjonowanie w trybie „wszystko naraz” sprawia, że:
- spada nasza koncentracja,
- szybciej się męczymy,
- rośnie poziom stresu,
- a relacje cierpią, bo druga osoba widzi, że nie jesteśmy w pełni obecni.
Czyli zamiast być superbohaterami, stajemy się rozkojarzonymi ludźmi, którzy niby robią wszystko, a tak naprawdę nic nie kończą. Zostawiamy po sobie poczucie chaosu i niezorganizowania.
Na koniec powiem Ci tak: multitasking brzmi fajnie, ale to trochę jak z żonglowaniem talerzami. Możesz próbować robić show, ale im dłużej to trwa, tym większa szansa, że coś spadnie i się rozbije. Lepiej więc czasem postawić na jedną rzecz i zrobić ją porządnie.
A Ty jak masz – wolisz ogarniać kilka spraw naraz czy raczej skupiasz się na jednej? Podziel się w komentarzu, bo ciekawi mnie, czy to tylko ja mam takiego „antymultitaskingowego” pecha.





I’m muiltiasker. I can listen, ignore and forget – all at the same time.