Kosą po patelni Miejsca i ludzie Wieczór francuski w Motylku

Wieczór francuski w Motylku

0

Będąc na lodach po zakończeniu roku szkolnego otrzymaliśmy zaproszenie do Le Papillon Noir w Katowicach na wieczór z kuchnią francuską. Znaliśmy już to miejsce (patrz wcześniejszy wpis) więc z wielką radością zarezerwowaliśmy stolik na konkretną godzinę. Mieliśmy jeszcze gościa na weekend tak więc tym bardziej było to fajne urozmaicenie wieczoru.

Weszliśmy do Motylka zajęliśmy miejsca i szczerze powiem totalnie nie wiedzieliśmy co nas czeka bo menu było jakoś niejasno zapowiedziane i mieliśmy niespodziankę. Pisałem wcześniej, że brakowało mi ślimaków i żab 🙂 To otrzymaliśmy je teraz na przystawkę. Ładnie podane z sałatką z delikatnym miodowym dressingiem, pysznymi malutkimi grzankami i sosem. Dla Pań mi towarzyszących to było pierwsze spotkanie ze ślimakami. Bałem się, że im nie zasmakują i obserwowałem czy przełkną, jednak się zdziwiłem bo znikały ze smakiem i miały też dziewczyny sporo zabawy z wydłubywaniem ich ze skorupek. Ja ślimaki już jadłem kiedyś i uwielbiam udka a Maleństwo stwierdziło, że ślimak to błeeee, na samą myśl o nich. Raczyliśmy się zatem delikatnymi panierowanymi udkami z Kermita. To mięso naprawdę mi bardzo smakuje rozpływa się wręcz w ustach – szkoda tylko, że te żaby są takie chude.

Po przystawce podano nam delikatną zupę cebulową. W zupie pływała grzaneczka i ser i było sporo cebuli i co mnie zdziwiło smak jej był tylko tłem do pysznego bulionu. Wyczuwało się wyraźnie kilka smaków i masło. Jak robię zupę cebulową nie potrafię tego efektu uzyskać. Chyba muszę przekupić kucharza z Motylka i iść do niego na kurs jakiś.  A właśnie kucharz przed podaniem dania głównego przygotowywał je przy nas. Mieliśmy dostać flambirowane polędwiczki wieprzowe z kurkami do tego pieczone młode ziemniaczki z rozmarynem i gruszkę z roszpunką. Widok ognia przy stoliku i skwierczenie potrawy dodatkowo rozbudzał zmysły i podniebienie. Polędwiczki mimo, że na talerzu dość ciężko było ukroić, to w ustach się rozpływały. Kurki dodawały posmaku lasu a gruszka z sałatki dawała słodycz.  Razem bardzo smaczne połączenie.

Kulminacją kolacji był deser, na który by się zmieścił musieliśmy chwilę poczekać. Sączyliśmy powoli winko i dochodziliśmy do siebie. Migdałowe parfait – na to mógłbym tam siedzieć i czekać od rana. Kremowe, wręcz maślane migdały – doskonale zrównoważona słodycz miodu kwaskową maliną – coś naprawdę cudownego. Le Papillon Noir jak dla mnie to obowiązkowy punkt wycieczek deserowych w Katowicach.  Prócz takich cudeniek można zjeść tu ich autorstwa wspaniałe ciasta i tarty oraz lody. Próbowałem tu już 4 różne desery i nie mogę w każdym z nich się do czegokolwiek przyczepić. Ciasta wyglądają jak cukiernicze a smakują jak domowe od babci.

Tak zakończyliśmy nasz francuski wieczór – najedzeni, szczęśliwi i w dobrych humorach wróciliśmy do domu, ale pewnie to nie nasza ostatnia wycieczka do Motylka.

A was zapraszam na profil Le Papillon Noir na facebook i do odwiedzenia tego pełnego smaku miejsca na Gliwickiej 49.

Pokaż więcej podobnych wpisów
Więcej przepisów w kategorii Miejsca i ludzie

Zobacz też

Placki z dyni z jabłkiem

Przepis na placki z dyni z jabłkiem jest banalny, jednak samo danie już na szczęście nie. …